Nasz Siemek

.

.
Kliknij w baner po dodatkowe informacje...

środa, 21 października 2015

Pięć, siedem, trzy i jedna druga

 Problemy z matmą?
 Niezupełnie.
 Piąty turnus w Garbiczu już za nami, a siódmy w ogóle! To chyba sporo jak na trzyipółlatka? 
O tych dwóch pierwszych, w Puszczykowie, często zapominam, bo były bardzo ligthowe: bez basenu, z jazdy konnej zrezygnowaliśmy na wszelki wypadek (Siemek nie potrafił wówczas utrzymać główki w pionie), wiele rzeczy musiało być zamienione na masaże. Te dwa pierwsze turnusy były pewnego rodzaju wprowadzeniem w to co nas czeka. Nie żałuję ich, o nie! Poznaliśmy na nich wielu świetnych rehabilitantów, którzy dawali z siebie wszystko. Przede wszystkim jednak chciałabym wspomnieć o p. Annie Zawadzkiej, która wykazała się świetnym instynktem i gdy każdy uważał, że Siemek absolutnie nie nadaje się do pionizacji, ona kazała go sadzać. Postanowiłam spróbować. Przez pierwsze dni cały czas musiałam trzymać mu główkę. Później zaczęłam ją puszczać: na dwie sekundy, potem pięć, dziesięć... I liczyłam. Każda sekunda więcej sprawiała mi ogromną radość. Teraz jest już zupełnie inaczej, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Siemek potrafi siedzieć samodzielnie przez jakiś czas i choć potrzebuje przy tym asekuracji, umiejętność ta jest faktem.
 Kilka dni temu wróciliśmy z kolejnego wyjazdu, raczej ostatniego w tym roku, do ośrodka " Trzy korony" w Garbiczu. I, jak wcześniej, było świetnie! Po minie Siemusia widziałam, że od razu rozpoznał otoczenie i czuje się w nim dobrze i bezpiecznie. Ja również czułam się jak w drugim domu. Czegóż chcieć więcej? 
 Zatem Siemek ćwiczył a mama odpoczywała od obowiązków domowych. Obopólna korzyść. I jeszcze jedno: byłam tam dla niego, a jednocześnie mogliśmy być tylko dla siebie. Uczę się go tam bardziej niż w domu, gdzie jestem rozproszona milionem spraw do zrobienia.
 Pierwszy tydzień upłynął szybko, przy pięknej pogodzie. Jezioro błyszczało w blasku nisko zawieszonego słońca a liście nabierały złocistych barw, wprawiając mój organizm w estetyczny szok. Niestety większość obrazów zachowuję jedynie w pamięci, bo mój aparat fotograficzny ledwo zasługuje na to miano... Na razie jednak dobry, albo chociaż przyzwoity sprzęt wydaje mi się wydatkiem zupełnie nieuzasadnionym. Wybaczcie zatem jakość a doceńcie dobre chęci. 
 W następnym tygodniu pogoda się pogorszyła. W końcu czegóż innego można by się spodziewać po jesieni? Przynajmniej nie cierpiałam katuszy z niemożności uwiecznienia i oddania na zdjęciach piękna okolicy.
 Siemek zniósł wyjazd bardzo dobrze. Nie zachorował nawet na katar, co w październiku wydawało mi się niemal nieuchronne. Bateria leków przywieziona z domu pozostała nietknięta - Alleluja! Ćwiczył dzielnie, trochę płakał (tak to niestety jest), ale dał radę. Rodzice turnusowi często wspominają o czymś takim jak "turnusowy kryzys" u swoich dzieci, w przypadku Siemka nigdy nic takiego nie zaobserwowałam. Na szczęście! Myślę, że wrócił wzmocniony, w każdym aspekcie swojego rozwoju.
   
I znowu udowodniłam, że jestem mistrzynią. Na moje pismo i niestaranność pomstowali nauczyciele, a co poniektórzy obniżali oceny na sprawdzianach. Na maturze z polskiego pobiłam rekord ilości skreśleń w pracy (komisyjnie policzone pod koniec egzaminu)...


Ta rybka lubi pływać...












Artystyczny szał Siemka:


Nie oszukujmy się: dzieła powstały przy wybitnym współudziale cioci Gosi od terapii ręki, a czasem nawet wbrew wyraźnym protestom artysty. 

Dzieło nr 2: Solno - kredowa tęczowa butelka. Sól jest smaczna, więc można było brać udział w jej produkcji, czyli łapką mieszać sól z kredą.

Już wolne! 

A oto co robiliśmy i widzieliśmy w przerwach między zajęciami i po nich:












Pozdrawiamy serdecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz