Nasz Siemek

.

.
Kliknij w baner po dodatkowe informacje...

piątek, 4 listopada 2016

Nowa miejscówka czyli ośrodek "Neuron" w Małym Gacnie

 Raz na kilka lat osoby niepełnosprawne lub ich przedstawiciele/opiekunowie mogą starać się o dofinansowanie do turnusu rehabilitacyjnego. W tym roku udało się nam otrzymać wsparcie z PFRON-u na taki właśnie wyjazd. Niestety okazało się, że nie możemy wykorzystać tej dopłaty w naszym ulubionym ośrodku, oddalonym 90 km od naszego miejsca zamieszkania, gdyż (zapewne przez niedopatrzenie) nie miał chorób neurologicznych, wśród dysfunkcji którymi się zajmuje. 
  Wyobraźcie sobie moją złość na cały świat, gdy dotarła do mnie ta informacja. Termin zaklepany już od roku, z góry cieszymy się na wyjazd, a tu... (sami wiecie co). Po wyjaśnieniu sprawy w urzędzie, musiałam pogodzić się z losem i zaczęłam na gwałtu rety poszukiwać nowej miejscówy. Z racji wpisu: "choroba neurologiczna" w orzeczeniu o niepełnosprawności Siemka, warunek ten był niezbędny. Ponieważ pierwszy raz starałam się o takie dofinansowanie (przed trzecim rokiem życia nie wchodziło to w grę), nie miałam pojęcia o tych niuansach. Człowiek wciąż się uczy...
  W domu zatem chwyciłam za telefon i rozpoczęło się wydzwanianie. Dodatkowo ograniczał nas czas, bo turnus musiał odbyć się w tym roku, co przy natłoku pacjentów stanowiło sporą przeszkodę. Jednakże udało się i znalazłam ośrodek o wdzięcznej nazwie "Neuron", oddalony od nas o bagatela 330 km w miejscowości Małe Gacno, w sercu Borów Tucholskich. Jak sama nazwa wskazuje idealny dla dzieci "neurologicznych".
  Przyznam się Wam, że pierwszego wieczoru zmęczenie podróżą mocno dało mi się we znaki i zniechęcało do wszystkiego. Niesłusznie!
  Teraz po niemal dwóch tygodniach pobytu śmiało mogę polecić Ośrodek "Neuron" wszystkim rodzicom dzieci z problemami. Siemek ćwiczył dzielnie z fajnymi rehabilitantami, którzy wkładali wiele serca w swoją pracę. I warunki, i kadra, i sprzęt na wysokim poziomie. Dla naszego synka były to bardzo owocne dwa tygodnie. Mieliśmy wprawdzie drobne załamanie (zdrowotne - nie nerwowe) gdy Siemcio się przeziębił (jesienna epidemia turnusowa zdziesiątkowała małych pacjentów) na szczęście na miejsce przyjechał lekarz, który obadał chłopaka, zaordynował kilka specyfików i wydał zezwolenie na kontynuowanie zajęć.
  Myślę, że wrócimy tu jeszcze, o ile oczywiście będziemy mieli na to fundusze. Na pewno jutro wywieziemy ze sobą wspomnienia miło spędzonego czasu i wiele nowej siły w siemkowych mięśniach.


Szeroko zakrojone plany















 :
Czarujemy:
Morskie otchłanie

Ognie piekielne

Tu nie wiem... Jakieś pomysły?

Ja, robot.



 Impreza Halołynowa ;-): 






 








Małe Gacno:






środa, 7 września 2016

Sierpień AD 2016 czyli gdzie się podział mój ciepły sweter....

 Parę ciepłych dni, które pojawiły się tu i ówdzie, nie jest w stanie przesłonić faktu, że była to najchłodniejsza druga połowa wakacji odkąd sięgam pamięcią. Nie zmieniło to jednak naszych planów wakacyjnych, wszak Bałtyk i tak nie nadaje się do ciepłych kąpieli -  jest to raczej zabawa dla morsujących. Tym razem naszym celem był Kołobrzeg i okolice. Spędziliśmy też kilka dni w Zgorzelcu, gdzie trafiliśmy na "Jakuby": coroczne kilkudniowe święto Starego Miasta obchodzone zarówno po polskiej jak i po niemieckiej stronie w Goerlitz. Udało nam się również popluskać w jeziorze Berzdorfer.
 Zaczynam mieć wrażenie, że nasze wyjazdy wakacyjne bardzo się hmm... "utradycyjniły". Ale chyba nam to odpowiada, a przynajmniej większości z nas ;-)  Taki letni "constans" 
 Jeśli kiedyś trafię szóstkę i tak pojadę tam gdzie zawsze (plus Karaiby, ale tylko jako dodatek). 

 Siemuś przez całe wakacje miał wolne od stania w pionizatorze. Niedługo odbieram nowe ortezy konieczne do tej czynności i startujemy ponownie. Zastanawiam się jak zniesie ten powrót... Nie przepada za tym, a ja zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy wkładam go w tę machinę. To dziwne, że jeszcze się nie uodporniłam. Wiem, że nic (raczej) nie powinno go boleć, może przeszkadzać mu tylko unieruchomienie w dziwnej, nietypowej dla niego, pozycji stojącej. Poczekamy, zobaczymy...
 Siemuś od pewnego czasu uczęszcza na hipoterapię w naszym rodzinnym mieście. Bardzo cieszę się, że udało się nam załapać do programu rehabilitacji na koniach (w pakiecie jest również fizjoterapia i terapia pedagogiczna). Szczególnie dziękuję dobrym duszom za udostępnienie na FB linku do ogłoszenia o zajęciach, dzięki któremu w ogóle się o nich dowiedzieliśmy.
 Jesienią wybieramy się turnus rehabilitacyjny do Ośrodka "Neuron" w Małym Gacnie, gdzieś w Borach Tucholskich. Zdecydowaliśmy się na inne niż zwykle miejsce ze względu na dofinansowanie jakie otrzymaliśmy z PFRON-u do kosztów turnusu, a którego nie mogliśmy wykorzystać w naszym ulubionym ośrodku. Najbardziej ciekawi mnie alpakoterapia, którą ponoć tam serwują... Gwoli wyjaśnienia tegoż terminu: alpaki to takie zwierzątka przypominające nieduże lamy. Podobno są bardzo łagodne i przyjacielskie. Ciekawe czy plują jak lamy... 
 Czekamy na wieści w sprawie dofinansowania z programu "Aktywny Samorząd", do zakupu specjalnego fotelika samochodowego dla Siemka. Dostaliśmy już jedną odmowną decyzję, która jednak pozostawiła trochę nadziei, bo nasz wniosek przeszedł do kolejnego rozpatrzenia. Bardzo nam zależy, bo fotelik ten kosztuje ponad 7 tys. zł... Trzymajcie kciuki!

 Zebraliśmy już pierwsze żołędzie, czekamy na kasztany i niedługo będziemy robić ludki. Zbliża się jesień, ale my jeszcze powspominamy to ciepło-zimne lato:


Hipoterapia - start:



Kożuchów: 


"Mój pierwszy dziubek"
albo:
"Cholera! Coś mi włazi do ucha!"
 Bałtyk:

"Piasek jest ekstra!"

Siemuś zapatrzony w dal w kołobrzeskim porcie








Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu



 Karaiby? Nieee... Jezioro Berzdorfer:



Zgorzelec- Goerlitz:

Żeby nie było - to nie jest moje normalne nakrycie głowy... Ale Siemkowi się podobało :-)


"Mój starszy brat - prawdziwy siłacz!"





 Pozdrawiamy serdecznie!

niedziela, 31 lipca 2016

Klub Małego Podróżnika

 Jak się pewnie domyślacie, dzisiejszy post będzie zbiorczą opowieścią o naszych wycieczkach z ostatnich dwóch miesięcy.
 Nie odkryliśmy podczas nich Ameryki, wręcz przeciwnie, poruszaliśmy się już przetartymi wcześniej szlakami do Warszawy, Poznania i Garbicza. Dla wytrwałych, którzy dotrą do końca postu obiecuję dużo zdjęć. A i jeszcze coś - drobny "smaczek" dla wielbicieli "Gry o tron" :-)
 W stolicy Siemek był już po raz trzeci w życiu. Jest to zawsze dla niego całkiem niezła wyprawa, zważywszy, że od Warszawy dzieli nas ponad 450 km. Spotkaliśmy się tam z panią doktor genetyk, która zareagowała pozytywnie na mój mailowy apel, o podjęcie się badań nad wykryciem schorzenia Siemusia. Na badaniach w Niemczech położyłam już krzyżyk - tamtejszy personel przestał odpisywać na moje pytania i dopiero po kontakcie telefonicznym przyznał, że nie prowadzą tych badań, bo lekarz z Polski z CZD nie odpowiedział na ich jednego maila. Pewnie superważnego - nie przeczę, ale po moim którymś tam zapytaniu; co dalej, mogli mnie chociaż o tym poinformować. Chyba, że ich komputery potraktowały mnie jak namolny, złośliwy spam... Wściekłość na całą sytuację już dawno ze mnie uszła i zaczęłam szukać innej ścieżki do poznana przyczyny choroby Siemka.
 Wizyta była udana. W jej efekcie cała nasza rodzina zalicza się obecnie do pacjentów Centrum Zdrowia Dziecka, choć sądziłam, że w tym wieku bliżej byłoby nam już do Narodowego Centrum Geriatrycznego (o ile takowe istnieje). Każdemu z nas pobrano krew, by porównać nasze DNA. Na wyniki będziemy jednak musieli poczekać dość długo, bo aż do przyszłego roku. Pewnie nawet nie zauważymy mijającego czasu zwłaszcza, że ostatnio strasznie przyspieszył i leci jakby mu się w domu paliło! 
 Czas pobytu w Warszawie wykorzystaliśmy także na zwiedzanie. Równo rok wcześniej obejrzeliśmy największe i najsłynniejsze atrakcje miasta jak: Syrenkę, Zamek Królewski, Pałac Kultury, Centrum Kopernika, kilka muzeów, no i oczywiście sławetną linię metra, która uwiozła nas upojnie w dal tak chyba jeden przystanek i linia się skończyła...
 Tym razem poszliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Oczywiście my z naszą naturą malkontentów od razu rozmyślaliśmy nad tym co można było zrobić fajniej, mocniej, by rzeczywiście wstrząsnąć tymi tłumami zwiedzającej młodzieży, ale tak naprawdę bardzo nam się podobało. Mogliśmy np. przejść się kanałami; co prawda suchymi i pełnymi świeżego powietrza, ale od czego jest wyobraźnia? Nikt nie zabraniał dotykać eksponatów, a wręcz zachęcał. Przemiła obsługa muzeum służyła pomocą bez żadnej sugestii z naszej strony. Choćby jeden z panów ochroniarzy, który sam z siebie poinformował nas i wskazał drogę do platformy widokowej, o której istnieniu nie mielibyśmy pojęcia.  
 Potem wybraliśmy się w miejsce niezbyt może atrakcyjne dla dzieci, czyli na Cmentarz Powązkowski. Chodziliśmy długimi alejami tej ogromnej nekropolii i nawet nie mając żadnego planu tego miejsca, co jakiś czas przypadkowo odnajdowaliśmy groby znanych z historii czy współczesnych nam ludzi. Dziwne i przejmujące wrażenie... Tatuś Siemka nakłonił nas też dodatkowo na spacer po cmentarzu w Wilanowie, bo bezwzględnie musiał odbyć pielgrzymkę do grobu Przemysława Gintrowskiego. 
 Łazienki Królewskie także były w programie obowiązkowym. I tu spotkało nas największe zaskoczenie - zostaliśmy zaatakowani przez przyrodę. Wiewiórki, kaczki i inne ptactwo obległo nas niczym starych znajomych, wzbudzając naszą ekstatyczną radość. No tak, przyjechali prowincjusze do miasta i wszystkiemu się dziwią...
 W dniu wyjazdu wskoczyliśmy na przysłowiowe pół godziny, które przeciągnęło się w trzy, do Muzeum Geologicznego. 
 I niestety znów nie starczyło nam czasu na mekkę klasy średniej czyli Złote Tarasy, ale w przyszłym roku już musowo... 
 Wracaliśmy do domu autostradą pośród porywów wichru i w nawałnicy deszczu, który w pewnym momencie zalewał drogę takim strugami wody, że zmusił nas do nadprogramowego międzylądowania na jednym z MOP-ów. Trzeba przyznać, że jechało się paskudnie, zwłaszcza że wiało nam w twarz (to jest w przednią szybę). Musieliśmy jednak wracać, bo następnego dnia czekało na nas Truskawkowe Święto, o którym napisałam Wam już wcześniej. 

 Podróż do Poznania to przy poprzedniej taki przysłowiowy wyskok na kawkę. Zajrzeliśmy do siemkowej rehabilitantki z Lubonia - Pani Ani, którą niniejszym pozdrawiamy bardzo serdecznie oraz do Kliniki Grunwaldzkiej, gdzie zdjęto chłopakowi miarę na nowe ortezy na nóżki. Dzielnie zniósł owinięcie folią i zagipsowanie kończyn, co znacząco skróciło całą wizytę. Ne wyobrażam sobie całej operacji przy protestującym i wierzgającym dziecku. No i w trymiga byliśmy wolni.

 A Garbicz? Turnus rehabilitacyjny w ośrodku "3 Korony" przebiegał jak zwykle bez zastrzeżeń. Nasz chłopczyk ćwiczył intensywnie, pływał, tańczył (w moich ramionach), jeździł konno, karmił pieski, huśtał się i jak zwykle obżerał zupami w ilościach odpowiadających dziennej racji dorosłego mężczyzny. Panie kucharki naprawdę zasługują na osobny hołd, zwłaszcza, że Siemuś tydzień przed wyjazdem do Garbicza rozpoczął strajk głodowy, przy czym nie przedstawił żadnych postulatów. Był wtedy rozdrażniony i płaczliwy do tego stopnia, że nie marudził chyba tylko wyłącznie gdy spał. Przestraszona jego stanem spakowałam naszą szpitalną torbę i wieczorem (w piątek) ruszyłam na pogotowie. Na szczęście pani doktor, która nas przyjęła, skierowanie na oddział dziecięcy wprawdzie dała, lecz doradziła wstrzymać się z jego wykorzystaniem. Posłuchaliśmy zalecenia i wróciliśmy do domu. Siemek zasnął jeszcze w aucie (co mu się praktycznie nie zdarza), nie przebudził się podczas transportu do łóżeczka i przez następnych dwadzieścia godzin! W półśnie nawet wypijał sok... Obudził się w zdecydowane lepszym nastroju i z większym apetytem. Niepewni co robić zdecydowaliśmy się w końcu ruszyć następnego dnia na turnus. I to był strzał w dziesiątkę. Chłopak odżył i wrócił do pełni swoich (skromnych) sił, jakby wcześniejszy tydzień nie miał miejsca. Nie wiem co to było i czy kiedyś nie wróci, ale cieszę się, że sobie poszło :-)
 Co do wspomnianego na początku smaczku, spójrzcie na pewne zestawienie dwóch zdjęć i powiedzcie, że nie widzicie podobieństwa...
 A teraz ruszajcie z nami w drogę:


The Walking Dead in CZD -
 czyli fatalne zdjęcie level "master".
 Niestety to jedyna fotka,
 którą tam zrobiliśmy...

 A tutaj już rekreacyjnie:

Muzeum Powstania Warszawskiego





Łazienki Królewskie




Jedna z wielu przyjacielskich wiewiórek

 Muzeum Geologiczne:




  
 Atak potwora:
"Mięsożerca zbliża się powoli i bezszelestnie. Czuje wyraźny zapach swojej ofiary, która żeruje nieopodal wśród wysokich traw.  Niczego nie spodziewające się zwierzę powoli przesuwa się w jego stronę. Nagle niespokojnie podnosi głowę. Wyczuwa zagrożenie, lecz jest za późno. Drapieżnik jest szybki: nie zdąży mu już uciec... "
czyt. Krystyna Czubówna

W Poznaniu zabawa w zagipsowywanie nóg i szybkie ściąganie gipsu:


Turnus w "Trzech Koronach" w Garbiczu:


Siemek ćwiczył z zapałem, bo mało kto może się poszczycić taką nauczycielką. Choć przedstawiła się jako Agnieszka dla nas będzie już zawsze Aryą Stark... 






I dla porównania:



A to już okoliczności letniej przyrody w Garbiczu:






 I wizyta strażaków:



Dogoterapia:

Karmię psa

"Czekam na moja zupę!"



 Kto by pomyślał, że to już półmetek wakacji... Jeszcze trwają, a nam już jest ich żal. To się nazywa prawdziwy życiowy pesymizm :-) Mamy nadzieję, że sierpień będzie ciepły i piękny, bo nie zamierzamy jednak zbyt mocno nurzać się w tym smutku.
  Pozdrawiamy !