Nasz Siemek

.

.
Kliknij w baner po dodatkowe informacje...

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kalejdoskop

  Jeszcze przedwczoraj ten wpis miał mówić o leniwym, przyjemnym weekendzie, takim podczas którego nic się nie musi... I taki, w sumie, był ten weekend: przyjemny i błogi. No, może nie do końca zupełnie bez obowiązków, bo w soboty rano jeździmy na rehabilitację, ale potem już jest wolność. A wraz z nią spacer po deptaku w miłym towarzystwie, lody waniliowe, przejażdżka "ciuchcią". Niedziela to pachnąca cynamonem szarlotka, słodkie lenistwo, rozmowy przy kubku parującej kawy. Słońce świeciło dając przedsmak lata, a po lekkim deszczu obdarzyło nas niemal pełnym łukiem tęczy. Mokra, wiosenna ziemia pachniała świeżo, a z głowy wyfruwały różne troski.
















  I w ten czas zawitało w nasze progi przeziębienie. Akurat wtedy, gdy pomyślałam, że dzieci dawno nie chorowały. Najpierw złapało w swe wstrętne łapy starszego, lecz głodne następnej ofiary, przeskoczyło na młodszego potomka. Siemek zatem kicha, prycha, a katar niczym nieduży strumyk spływa mu z noska. Chłopak już od wczoraj niemal całkowicie przerzucił się na dietę płynną, zjadł tylko łaskawie kawałek słodkiego wafelka (nieodrodny syn mamusi działa zgodnie z dewizą: "na słodycze zawsze znajdzie się miejsce"). Walczymy z powracającą gorączką, także (chyba - bo niestety nam nie powie) bolącym gardłem i spierzchniętym językiem. Co gorsza, Siemuś kaszle i to wyjątkowo mocno, jak nigdy wcześniej. Nie wiem czy jest to zły znak, kiedyś wszakże za mało kaszlał i też było niedobrze. Na razie według pediatry jest: "czysto". I mam nadzieję, że tak zostanie.
 Trzymajcie kciuki byśmy nie spędzili kolejnego weekendu w pensjonacie o jasnych ścianach z kręcącą się wszędzie obsługą w białych fartuchach i z wenflonem tkwiącym w małej rączce...

środa, 22 kwietnia 2015

Mam trzy lata :-)

 Co potrafi przeciętny trzylatek?
 Przeciętny trzylatek umie biegać, skakać, stać chwilę na jednej nodze, dyskutuje z mniejszym lub większym sensem z dorosłymi, w rysunkach przechodzi od fascynacji abstrakcjonizmem do form bardziej skonkretyzowanych, w zabawie pojawiają się role. Świat takiego trzylatka jest trochę inny od świata jego rodziców, a tym bardziej dziadków w analogicznym wieku. Pokój malucha tonie w kolorowym plastiku lub (jeśli rodzice wybierają ekologię) drewnie, w postaci: lalek, autek, klocków, gier i całej masy innych gadżetów. Na półeczkach z bajkami leżą książeczki o kosmosie, dinozaurach, dzikich zwierzętach. Bajki w TV przeznaczone dla tej grupy wiekowej są niekiedy bardziej edukacyjne niż te dla starszych dzieci (zauważyliście ten paradoks? np. "Mali Einsteini" kontra "Ben 10").
 Ostatnio, gdy przypadkowo musiałam wejść do prywatnego przedszkola w centrum miasta, zaskoczył mnie ogrom propozycji zajęć "pozalekcyjnych" dla maluchów: spotkania taneczne, kluby piłki nożnej, karate, warsztaty kulinarne, artystyczne i z robotyki (sic!), gra na instrumentach, języki obce... itp. Cała ściana reklam. Widząc to przeciętny rodzic wpada w panikę: a nuż coś zaniedbam i moje dziecko zostanie w tyle? I wozimy potomka z zajęć na zajęcia.
 Z Siemusiem nie mamy takiego problemu. Siemek po prostu odpada w przedbiegach. A jednak w tym roku gdy zapalałam świeczkę z cyfrą "3" na jego torcie w ogóle o tym nie myślałam. Po prostu cieszyliśmy się tą chwilą i jego uśmiechem :-)
Syneczku, Wszystkiego Najlepszego!
Bardzo Cię kochamy!




Urodziny:





I pourodzinowy spacer:



Nowa bryka rozwijająca oszałamiającą prędkość
ok.  0,5  km/h  wymagała  dodatkowych   pasów
bezpieczeństwa. 
Siemkowi  bardzo  podoba  się  nowy  kabriolet.
Ech, to wspaniałe uczucie wolności...



Aniołeczek :-)















Ciemne chmury jeszcze nie raz nadciągną, ale ostatnio skupiamy się wyłącznie na wiośnie!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

kaRRRamba!!!

 W mojej kuchni pełnej niespodzianek, każda zupa, bez względu na ideę, musi zawierać makaron. Nawet pomidorowa z ryżem... Chyba nie zrobiłabym kariery w Masterchefie. Tylko wersja z kluskami daje mi gwarancję nakarmienia potomstwa. Pewna pani rwałaby blond loki z głowy...
 Siemek bardzo lubi takie zupy. Ostatnio wsuwając michę kartoflanki z makaronem, każdą zwłokę we wkładaniu łychy do buzi kwitował niecierpliwym wołaniem: "rosojet!". Słusznie kombinuje - ciepła, słona ciecz plus makaron równa się rosół. Dlaczego o tym piszę? Sedno sprawy nie tkwi w kulinariach, tylko w tym konkretnym słowie. Otóż na turnusie w Garbiczu, czyli już dobry miesiąc temu, Siemek nauczył się mówić głoskę "r"... 
 Chłopak nie skończył jeszcze trzech lat, jego mowa pozostawia wiele do życzenia, a tymczasem nauczył się wymawiać głoskę, która nie leży w zasięgu przeciętnego, zdrowego dziecka w jego wieku. Norma wspomina o pięcio-, sześciolatkach. Oczywiście nie jest tak, że Siemek wszystkie inne głoski wymawia prawidłowo. Na przykład niemal nie używa literki: "ł" a "k" i "g" wymienia na: "t" i "d" (choć czasem mam wrażenie, że już je słyszę). Szeleszczące: "sz", "cz", "rz" potrafi powiedzieć w dosyć miękki sposób.
 Wciąż wzbudza ogromne zdziwienie tą nową umiejętnością, wszakże to najtrudniejsza do wyartykułowania polska głoska. Ja już się przyzwyczaiłam i nie jestem zdumiona słysząc: "rosojet", "radiowóz" czy "ciężarówta". Pojawiła się także u Siemcia urocza hiperpoprawność, już zanikająca, która przybierała rozkoszne formy: "chrebet", "trórewna" czy też "tamereron" (chlebek, królewna i kameleon). 
 Niech nikogo nie zwiodą te skomplikowane wyrazy. Siemuś wciąż jest dzieckiem, z którym trudno się dogadać, ale (aż boję się zapeszyć) jest lepiej niż ostatnio opisywałam (tutaj). Zaczyna używać słów w konkretnym celu. Większość z nich jest tytułami książeczek, które w danej chwili chce oglądać z naszej puchnącej w zastraszającym tempie kolekcji. Mówi jednak także co chciałby zjeść, prosi o picie, huśtanie czy przeczytanie wierszyka. Są to wciąż jednowyrazowe żądania, ale nasz kontakt bardzo się dzięki temu polepszył. Muszę przyznać, że to ogromna ulga móc dowiedzieć się czego chce dziecko, choćby w najprostszej formie. 
 Pod względem logopedycznym nasz chłopaczek jest zagadką dla każdego specjalisty, przez którego ręce się przewinął, a było ich kilku. 
 A więc czekamy, obserwujemy i stymulujemy...

sobota, 4 kwietnia 2015

Wielkanoc!

 Z okazji Świąt Wielkanocnych życzymy wszystkim naszym Przyjaciołom; zdrowia, szczęścia i uśmiechu! Czas tych dni niech będzie pełen radosnego wiosennego nastroju i duchowych przeżyć, z których czerpać będziemy nadzieję na cały rok.


W ulubionym punkcie obserwacyjnym


Dla spostrzegawczych


Wydmuszki i wycinanki





 Artystka ludowa to ja :-)


Pliszka
Sikora

Gil



wtorek, 31 marca 2015

Zmiany

 Wszyscy się zmieniamy.
 To taki truizm, że aż bolą mnie palce, gdy piszę te słowa.
 Nasze dzieci także ulegają temu procesowi. Ba! One ulegają mu o wiele intensywniej! Jednak zmiany te są w jakiś sposób oczekiwane. Można podzielić życie dziecka na pewne etapy. I to jest pewna stałość. Grymaszenie przy jedzeniu, niechęć do obcych, strach przed ciemnością, gadatliwość... Jeżeli, któryś z nich jest uciążliwy, możemy pocieszać się myślą, że minie. I to jest fakt. Natomiast z chorym dzieckiem bywa różnie. Nie wiemy co nastąpi. Często nie wiadomo czy coś zniknie, czy wręcz się nasili. Jakie nowe objawy schorzenia wyjdą na wierzch.
 Mimo, że Siemek w gruncie rzeczy nie skończył jeszcze trzech lat, nauczyłam się już niczego nie przesądzać. Gdy ktoś pyta o niego, odpowiadam: "jest spokojnym dzieckiem, mało płacze", "pogodny", "bez problemu znosi rehabilitację" itp. Ale zawsze dodaję przy tym: "JAK NA RAZIE...".
 Siemek się zmienił. I naprawdę nie potrafię powiedzieć czy to zmiana negatywna, choć na taką wygląda. Już przed turnusem obserwowałam pewne symptomy, ale w trakcie jego trwania i po powrocie do domu są znacznie wyraźniejsze. Nasz chłopak stał się płaczkiem. Potrafi rozbeczeć się z powodów oczywistych ( jak brak frytek na kolację ) jak i z nie do końca przeze mnie zrozumiałych. Kiedy zaś płacze, stanowi widok chwytający za serce. Nie jest to typowa wrzeszcząca histeria kilkulatka. To rozpaczliwe łkanie i wprost zalewanie się łzami. Oczywiście najlepszym lekarstwem jest mój śpiew. Więc zasuwam wszystkie domowe hity. Zdzieram przy tym gardło, bo gdy za szybko skończę przypomina sobie o swoim smutku. Numerem jeden na liście przebojów jest nieodmiennie: " Aaa, kotki dwa...". On sam daje znać, że mam śpiewać, bo wśród jego łkań daje się rozróżnić nuty kołysanki.
 Nie byłoby to może kłopotliwe, w końcu dzieci są niestabilne emocjonalnie i to zupełnie normalne, gdyby nie inna kwestia. Siemek zaczął bardzo negatywnie reagować na pionizator. Choć mnie ten sprzęt wydawał się zawsze diabelnie niewygodny i nie umiałam powstrzymywać się przed wyobrażaniem sobie jak mu w nim źle, on przyjmował stanie tam z podziwu godną cierpliwością. Wystarczyło włączyć bajkę na DVD i nie było dziecka. Niestety od pewnego czasu, zaczął marudzić przy pionizowaniu. Niejeden raz musiałam wyciągnąć chłopaka z upiornej machiny przed czasem, zazwyczaj jednak udawało mi się odwrócić jego uwagę przez zmianę bajki, ulubione ciasteczko i tym podobne wspomagacze. 
 Po dwóch tygodniach turnusu, po powrocie do domu, zrobił się prawdziwy dramat. Nic już nie pomaga. Bajki, przekąski, śpiew... kompletnie nic. Na widok sprzętu wjeżdżającego do pokoju zaczyna płakać. Wsadzam go tam mimo to i zamiast pół godziny, ledwo dajemy radę pięć minut. Siemuś płacze spazmatycznie łkając, specjalnie zwiesza głowę tak, że trzeba mu ją podnosić, szarpie się, i bez słów błaga o ratunek... 
 No i oczywiście go wyjmuję... Rozważałam już, czy jest mu niewygodnie. Szukałam czegoś co by uwierało, gniotło delikatne ciałko - nic nie odkryłam. To chyba tylko (i aż!) zwykła awersja.
 Teraz opcje są dwie: albo nie odpuszczać i stawiać go na siłę i czekając aż ON odpuści, albo na jakiś miesiąc-dwa zrezygnować z pionizacji licząc, że zapomni o swoim strachu. Serce przychyla się do tej drugiej wersji. Wszystkim będzie przyjemniej: synek szczęśliwy a mamusia nie będzie się czuła tak podle.
 Niestety rozum podpowiada co innego...

sobota, 21 marca 2015

Wiosenne przesilenie...

 Z racji niepełnosprawności Siemka bywam w różnych dziwnych i tajemniczych miejscach, o których myślałam, że moja noga nigdy w nich nie postanie. W miejscach do tej pory kojarzących mi się z brakiem wykształcenia, pracy, nałogami i tym podobnymi uroczymi przypadłościami. Dziś, co jakiś czas, sama muszę przekraczać te progi. I wciąż czuję się niepewnie. W takich momentach trzymam się myśli, iż kiedyś wrócę do pracy i wszystko się zmieni... O czym mówię? O Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej czyli MOPS-ie. To właśnie ten urząd wypłaca świadczenie pielęgnacyjne, które pobieram z racji rezygnacji z pracy i opieki nad chorym dzieckiem. 
 W tym samym budynku mieści się Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR), które jest dysponentem środków z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). I tu w tym roku będę musiała kilka razy zastukać. PFRON może dofinansować zakupy sprzętów: rehabilitacyjnych, związanych z likwidacją barier architektonicznych i dopłacić do kosztów turnusu rehabilitacyjnego. Jest jednak pewien haczyk: PFRON najwięcej pieniędzy ma do dyspozycji wiosną i wtedy najlepiej załatwiać sprzęt itp. Drugi haczyk to taki, że właściwie nie wiemy ile dostaniemy (znamy tylko maksymalne stawki dofinansowania na dany zakup) i czy w ogóle cokolwiek przyznają. Oczywiście wiosną można robić pewne optymistyczne założenia.
 Drzwi w drzwi z tymi jednostkami, leży siedziba Zespołu do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności. Przy pierwszej komisji Siemek otrzymał orzeczenie na pięć lat. To długo - jego ówczesny stan nie budził wątpliwości, że różowo nie jest. Nasze orzeczenie teoretycznie powinno być ważne jeszcze przez dwa i pół roku. Niestety w praktyce pojawił się pewien szkopuł. Wprowadzono bowiem nowy wzór karty parkingowej, której jesteśmy (nie)szczęśliwymi posiadaczami. Nie wystarczy jednak złożyć podania tylko o nowy dokument. Trzeba przejść znów proces orzecznictwa, by zweryfikować potrzebę korzystania z przywileju parkowania na kopertach. W naszym przypadku chyba nikt nie zakwestionuje tej konieczności, bo koń jaki jest każdy widzi... Naprawdę rozumiem problem z "nadmiarem" wydanych kart, ale całą polkę z podaniami i komisjami musimy przetańczyć od nowa. 
 Znasz to uczucie, gdy idziesz do jakiegoś urzędu z kompletem dokumentów, radosny i szczęśliwy, pewny, że sprawa zostanie załatwiona? Przed Tobą w kolejce stoi jakiś nieszczęśnik, pobladły z przerażenia, drżącymi palcami przerzuca kartki, a pani w okienku/przy biurku oznajmia, że zapomniał jakiegoś dokumentu... "Ale proszę pani..." woła słabo człowieczek, "Ale ja nie wiedziałem, że to jest potrzebne..." i "A na co to komu?". Z ust pani urzędniczki padają wtedy, niczym ciosy boksera, zdania: "Nie mogę tego przyjąć, dokumentacja jest niepełna!" oraz "Ja rozumiem, ale takie mamy przepisy...". A sponiewierany ludzki wrak pada znokautowany na deski. 
 A potem podchodzisz Ty. 
 Z lekkim współczuciem odprowadzasz wzrokiem swego poprzednika, a w duchu myślisz: "Patrz i ucz się człowieku!" i jeszcze, z politowaniem: " Niektórzy, są tak niezaradni..."
 Sympatyczna pani przegląda Twoje papiery: załącznik taki, siaki i owaki, ksero dowodu z tył i z przodu, metryka urodzenia psa  i chyba wszystko gra.  Zwycięstwo!!! Już prawie wypuszczasz z siebie powietrze w skrywanym westchnieniu ulgi, gdy nagle słyszysz słowa rażące niczym grom z jasnego nieba: " Ale to jest źle wypełnione!" albo np.: " Potrzebny jest inny wzór podania: nie R2-D2 tylko C-3PO..."
W tym momencie czujesz, że moc nie jest z Tobą...
 Dzisiaj mnie także opuściła, w PCPR-rze. Przyznaję się, że dawno nie zachowałam się tak irracjonalnie. Po prostu poleciały mi łzy. Z bezsilności. Sprawa nie jest jakaś przeokropna, była raczej kwestią mojej nieznajomości procedur firmy, od której zakupiłam sprzęt dla Siemka, a prawidłowo wypełniony dokument już niedługo przyjdzie do mnie pocztą, ale chyba wylazło tam ze mnie całe rozgoryczenie, które nawarstwiało się przez lata odsyłania z kwitkiem. 
 Żeby nie było: nie winię urzędników. I nawet rozumiem, że część tej papierologii jest konieczna. Ale gdy myślę o tym co mnie jeszcze czeka w tym roku, to włos mi się jeży na głowie. Sezon pielgrzymek uważam za otwarty...



wtorek, 17 marca 2015

Podróże małe i duże...

 Dłuższa cisza, która ostatnio zapanowała na blogu została wymuszona wyjazdami, turnusową nieobecnością i całym stosem spraw i sprawek do załatwienia.
 Najpierw pomknęliśmy piękną A-dwójką do Łodzi, szumnie nazwaną Autostradą Wolności, czego jednak nie odczuliśmy uiszczając opłaty przy bramkach.
 Przy okazji podróży zahaczyliśmy o tę oto atrakcję turystyczno - religijną.
Trzeba przyznać, że na mnie zrobiła wielkie wrażenie...
 Wyobraźcie sobie, że jesteście w gigantycznej świątyni, ZUPEŁNIE, ale to ZUPEŁNIE SAMI.
Tylko Wy i echo Waszych kroków.
Ogromne kolumny, freski, obrazy, przyćmione światła...
Przenikliwy chłód.
Odlot metafizyczny...




Tak, to my, nasz "osobisty fotograf" ;) i wielka cisza... 




 Samo mierzenie ortez odbyło się spokojnie, szybko i sprawnie. Cała przyjemność po obu stronach.






  Pani przygotowująca łuski, pod opieką której jest Siemek, zapytała nas, gdzie chcielibyśmy je odebrać (w domyśle: Poznań lub Łódź). Zażartowaliśmy wtedy, że w Zielonej Górze. I... niespodzianka! W związku z większą ilością różnych zleceń z tego terenu, przedstawicielka firmy zaplanowała wyjazd do małego miasta blisko Winnego Grodu, czyli Kożuchowa. Dwadzieścia kilka kilometrów kontra sto czterdzieści, a o trzystu czterdziestu do Łodzi nie wspominając. Idealnie!




W nowych ortezach.
 Zdjęcia te przy okazji obrazują dysproporcje napięcia mięśni w siemkowym ciałku. Nogi są najsilniejsze, toteż bez problemu macha i unosi je do góry nawet w stosunkowo ciężkim "obuwiu". Takie numery z rączkami już by nie przeszły...









 Niedługo potem wyruszyliśmy w kolejną podróż, do ośrodka "Trzy Korony" w Garbiczu, czyli na turnus rehabilitacyjny.
 Cóż wiele mówić: jak zwykle byłam pod wrażeniem niesamowitego zaangażowania kadry i wysokiego poziomu rehabilitacji. Siemek pluskał się w wodzie, jeździł konno, słuchał muzyki, huśtał, bawił... Ale przede wszystkim ćwiczył, ćwiczył i jeszcze raz ćwiczył! Natłok zajęć znosił dzielnie, bez marudzenia.






Masaże przyjemne...


i te średnio...


Niezły kawałek!
Nasza perspektywa











W błękitnym kręgu

Widok spod jednej z sal. Doliczycie ile tu jest wózków? Podpowiem: pięć. Codzienny widok na turnusie, dla nieobytych troszkę wstrząsający. Właściciele pojazdów właśnie ćwiczą. Jednym z nich jest Siemek...


To już trzeci w kolekcji!


 Nie sądziłam, że kiedyś to napiszę, ale było... fajnie. A efekty ciężkiej pracy naszego synka i jego terapeutów sprawiają nam wielką radość. Garbiczu - w czerwcu zjawimy się znów!

środa, 18 lutego 2015

HKAFO

 Jeśli myślicie, że usnęłam na klawiaturze tworząc to dziwne słowo z tytułu to jesteście w błędzie.
 Kilka dni temu do naszej kolekcji, godnej muzeum tortur, dołączył sprzęt zwany HKAFO czyli ogólnoustrojowa orteza biodrowo-kolanowo-skokowo-stopowa.
 Jej wygląd przeraża tak samo jak nazwa:




 Choć nienawidzę tego czegoś z całego serca, uważam, że jest to cenny nabytek w naszym domu. Siemek ładnie przyjmuje w nim pozycję stojącą, od pasa w dół biernie, za to górna część tułowia i szyja muszą sobie radzić wyłącznie dzięki pracy mięśni. I o to nam chodziło. To najsłabsze "części" naszego chłopaka i powinny zostać wzmocnione. 
 Samodzielne stanie to dla Siemula wciąż zbyt zaawansowany poziom akrobacji, musimy jednak przygotować jego ciało na taką ewentualność. 
 Sprzęt wydaje się być fajnie wykonany, choć użytkujemy go bardzo krótko. "Nogawki", choć robione na wymiar, są jednak nieco zbyt długie, ale zaradziłam temu metodami niezbyt profesjonalnymi, ale skutecznymi (karton włożony w część "bucikową", dzięki czemu Siemek opiera się na stopach, a nie wisi). Mimo tego drobnego mankamentu (za który będę wdzięczna później, gdy synio podrośnie) jestem zadowolona.
Siemek na szczęście też nie marudzi. 


sobota, 14 lutego 2015

Walentynkowo!

 Z okazji tego uroczego Święta, przeszczepionego na łono naszej Ojczyzny przez amerykański rozpasany konsumpcjonizm, życzę Wam Kochani byście zawsze mieli kogoś do przytulenia: małżonka, partnera, dziecko, psa, kota, drzewo, szpilki czy platynową kartę kredytową...

 A wracając do Siemusia, pomyślałam, że to idealna okazja do raportu specjalnego, prawdziwie walentynkowego: otóż jakiś czas temu nasz kardiolog orzekł, że serce Siemka wygląda i pracuje już jak u zdrowego dziecka! Hip, hip, hurra!
 Przez długi czas było inaczej. Siemek miał przetrwały otwór owalny, zbyt cienką przegrodę międzyprzedsionkową a serduszko biło nieprawidłowo. Wszystko to już się unormowało.

Od nas dla Was!

wtorek, 10 lutego 2015

Pomiary i wymiary

 Dziś odwiedziliśmy Klinikę Grunwaldzką w Poznaniu. Stawiliśmy się tam by zdjąć miarę z nóżek Siemka na nowe ortezy (łuski). Wszystko poszło jak z płatka. Zapewne gdyby to była wizyta u tamtejszego lekarza ortopedy nie mogłabym teraz napisać tych słów. Opóźnienie dwugodzinne jest wówczas normą. 
 Wiedziona doświadczeniem z poprzednich razów, przygotowałam się na długie oczekiwanie w kolejce (nie było), ryk w gabinecie (nie było) i szarpaninę (też nie było). Siemek zniósł wszystko wyjątkowo dzielnie, a przecież cały czas manewrowano przy jego nóżkach, czego szczególnie nienawidzi. Są najsilniejszą częścią jego ciała i często służą mu lepiej niż rączki, toteż unieruchomienie ich wzbudza w nim dokładne przeciwieństwo zachwytu. Tymczasem leżał spokojnie podczas całego procesu.
 Panie z firmy ortopedycznej nie mogły się nadziwić, jak bardzo urósł od poprzedniego spotkania (jesienią 2013). Cóż, dzieci rosną i gdzieś przecież te wszystkie ciasteczka maślane musiały się podziać. Nie poszły wszerz - musiały wzdłuż... Po pół godzinie było po sprawie i mogliśmy wracać do domu. Luksus, do którego nie jestem przyzwyczajona.
 Łuski kosztują nas, bagatela, ok. 4200 zł, z czego NFZ refunduje 1600 zł. Resztę trzeba dopłacić. Zwrócimy się zapewne o częściowe finansowanie ze środków PFRON-u, ale na pewno nie starczą na całość, o ile w ogóle je otrzymamy (poprzednim razem niestety nie dostaliśmy).


Podróż






 Tak to przebiegało:
Zmierzony

Zafoliowany

Zagipsowany

Odgipsowywany





Następny przystanek to Łódź... (tu słychać moje ogromne westchnienie)... Tylko tam może odbyć się pierwsza przymiarka jeszcze półproduktu.